Strumień – Kurs Metodyki Harcerek


(100A skoro już tyle newsów napisałam to i jeszcze jeden z serii wakacje mi nie zaszkodzi)

Część 1 25.06-11.07

Łopuchówko. O kurczę, nie dość, że ciężko to wypowiedzieć to gdzie to jest? Koło Murowanej Gośliny. O jej… jeszcze bardziej kosmiczna nazwa. Mimo wszystko nie taki diabeł straszny jak go malują, wszystko znajduje się w województwie wielkopolskim pod Poznaniem. Właśnie w Łopuchówku odbył się Kurs Metodyki Harcerek „Strumień 2011”. Dlaczego o nim piszę? A dlatego, że dwie (100oh i ah 😉 ) drużynowe harcerek brały w nim udział. Dh. Ania, drużynowa 13 ŚDH „Koniczynki” i dh. Dorota, drużynowa 27 ŚDH „Rzepichy”. Kurs rozpoczną się 25 czerwca, dlatego musiałyśmy szybciej opuścić biwak z Żarnówko. Aby dojechać do Poznania, gdzie było miejsce zbiórki musiałyśmy wstać o 3 rano by przed 5 wsiąść w pociąg. Na szczęście było dużo miejsca, więc zajęłyśmy sobie miejsce w przedziale i zasnęłyśmy rozłożone na siedzeniach.

 

 

Pierwszym wyzwaniem było trafienie w Poznaniu z dworca PKP na PKS (100a nie są one tak blisko siebie jak w Świnoujściu). Tam spotkałyśmy już inne harcerki, które się znały albo i nie. Nawiązałyśmy pierwsze znajomości, zrobiłyśmy wstępne rozeznanie, kto, skąd i jak? Następnie wsiadłyśmy do autobusu, po godzinie drogi wysiadłyśmy, ale to nie był koniec trasy, jeszcze godzina marszu i… zatrzymałyśmy się na drodze gdzieś na obrzeżu lasu i właśnie tu ma być nasze obozowisko. Tuż za droga była skarpa, po której zeszłyśmy na ogromną polanę (100zarośnięta niestety pokrzywami). To tam miało stanąć nasze obozowisko. Od razu wzięłyśmy się do pracy.

Namioty, kanadyjki, półki, stołówka, magazyn. To wszystko zbudowałyśmy pierwszego dnia, co mnie nie dziwi, bo nie używałyśmy gwoździ, a szafka w moim namiocie nawet nie była wkopana (100hahaha taka magia i wszystko pieknie się trzymało, choć nie było tajemniczych ‘okorków’).

Pionierka w namiotach była bardzo ciekawa. Można było w nich znaleźć kanapę (100na której później spala Dorota), szafę, schodkowe półki i fajne zwierzątka namalowane na ścinkach z zaciosków., zaś w namiocie kadry zostały rozwieszone hamaki. Następnego dnia został zbudowany intymnik, skończona stołówka, postawiony maszt, brama, tablica ogłoszeń. Tego dnia tez odbyła się msza harcerska na naszym obozowisku. Podzieliłyśmy się na 3 zastępy: Karmazynowa Katarakta (100K2), Brzegi i Pantha Rei. Pierwszej nocy K2 pełniły wartę i oczywiście ktoś tej nocy musiał nas podchodzić, pomimo tego, ze tożsamość tych osób pozostała zagadką to zostały one schwytane. Zaś drugiego dnia gdy poszłyśmy na ognisko obóz znów był podochodzony, ognisko było ok 1km od obozu, ale my, dzielne harcerki pobiegłyśmy szybko by bronić naszego obozowiska i wesprzeć Nadię, która tam została sama. Na ognisku dostałyśmy błękitne chusty z granatowymi obwódkami- zostałyśmy drużyną Strumienia.

Od poniedziałku zajęcia zaczęły się pełną parą. Stworzenie projektu własnej firmy, zebranie pomysłów na nabór i przeprowadzenie go na kursie zuchmistrzyń (100nawiasem, bardzo się z nimi nie lubiałyśmy bo robiły nam mało kanapek a szczególnie z czekoladą i szynką i innymi dobrymi smakołykami), rozmowy z psychologiem o naszych harcerkach, pierwsza pomoc, gra o zbiórkach, funkcjach w drużynie i nie tylko, praca z ręką metody.

Pewnego bardzo słonecznego dnia wyruszyłyśmy pieszo do Murowanej Gośliny gdzie za zadanie dostałyśmy odbycie służby na rzecz społeczności lokalnej. Sprzątałyśmy śmieci, pomagałyśmy budowlańcom, bawiłyśmy się z dziećmi. Podsumowaniem tego zadania było przeprowadzenie happeningu patriotycznego na który zaprosiłyśmy mieszkańców. Na rynku urządziłyśmy pokaz musztry.

Dalej mówiłyśmy o duchowości, formowaniu celów, pracy z patronką i obrzędowością. Odbyłyśmy nawet Zjazd ZHR w naszej stołówce gdzie każda z nas dostała awans na wybrany (100a raczej wylosowany) stopień instruktorski. Mogłyśmy zgłosić swoją kandydaturą na przewodnicząca czy naczelniczkę jak i zaprojektować ustawę, w której była mowa o obowiązkowej racji czekolady na każdym obozie harcerskim.

Pisałyśmy plany pracy na obóz, rozliczałyśmy książki finansowe, pracowałyśmy ze sprawnościami i próbowałyśmy rozwiązywać problemy w naszych drużynach. Odbyła się wiele ciekawych i trochę mniej zajęć. Nawet deszcz padający przez 4 dni nie przeszkodził nam w dobrej zabawie i nakręceniu teledysku. https://profiles.google.com/strumien2011/photos/5640020115477267425/5640740987139178418

Ostatni dzień w połowie spędziłyśmy nad jeziorem, tego dnia tez gotowałyśmy na ogniskach. Kurs dobiegał końca, trzeba było wszystko rozebrać i złożyć namioty. Ostatniej nocy przygotowano dla nas niespodziankę- kino. Miałyśmy ekran zrobiony z prześcieradła rozwieszony na naszej stołówce, prąd z agregatu, głośniki które i tak nie przebiły się przez huk agregatu i dużo słodyczy. Miałyśmy obejrzeć „Jak wytresować smoka” ale skończyło się na „Wyznaniach Gejszy”. Rano szybko wstałyśmy, złożyłyśmy to co pozostało i rozjechałyśmy się do domów, a kilka osób prosto na obóz. Tak zakończyła się część pierwsza

 

Cześć 2, 9-10 wrzesień

tym razem jechałyśmy tylko do Poznania. Jednak wybrałyśmy się do tego miasta już w piątek z samego rana (100rozważając opcje jechania pociągiem czy samochodem samochód wygrał choć trzeba było wstać o 5). Miałyśmy trochę czasu na zwiedzanie Poznania, pierwsza oczywiście była składnica harcerska, a później rynek gdzie przesiedziałyśmy godzinę. Trochę zmarznięte ruszyłyśmy do centrum handlowego które mieściło się w starym browarze i tam w cieple i na wygodnym krześle spędziłyśmy pół dnia. Nie był to czasu nudów, odbyłyśmy wiele rozmów (100których tematów nie zdradzamy), dokończyłyśmy zadania które miałyśmy zrobić na kurs albo uzupełniałyśmy zapasy kalorii. Na 2h przed umowną godziną spotkania jeszcze raz poszłyśmy do składnicy, a później pod Operę/ Teatr Wielki.

Gdy wszystkie kursantki tam dotarły okazało się, że idziemy na koncert Moniki Brodki. W zarządzie okręgu wielkopolskiego zostawiłyśmy swoje rzeczy i ruszyłyśmy do starej masarni gdzie odbywał się koncert. Jednak chęć pogadania po 2 miesiącach niewidzenia się była większa, więc miejsce koncertu opuściłyśmy i siedziałyśmy w kawiarni. Po godzinie 22 dostałyśmy zadanie by kupić bilety i dotrzeć na miejsce naszego noclegu. Tam czekała na nas już kolacji, a po niej zmęczone po całym dniu szybko usnęłyśmy.

Rano po śniadaniu miałyśmy jeszcze jedne zajęcia o planowaniu naszego czasu, a później ruszyłyśmy w miasto gdzie na grze rozwiązywałyśmy zadania, które sprawdzały nasza dotychczasowa wiedzę. Zadań było sporo, a czasu mało, ale dałyśmy radę. Po szybkim obiedzie (100przez 2 miesiące zapomniałyśmy o smaku obiadów z cateringu który nas żywił przez cały obóz) pojechałyśmy na obrzeże miasta nad jezioro, tam czekała nas niespodzianka. Mogłyśmy popływać na łódkach i kajakach, a nawet na żaglówce przy złożonych żaglach. To był miły sposób odprężenia się i odpoczynku po grze. Gdy wróciłyśmy na brzeg rozstawiłyśmy ognisko. Gdy zapłonęło w rozkazie zostało ogłoszone zakończenie kursu oraz przyznanie patentów drużynowych. Oczywiście my, dh. Ania i dh. Dorota skończyłyśmy kurs i posiadamy patenty drużynowych. Pierwsze patenty drużynowych harcerek zdobyte w ZHR! Na pamiątkę każda otrzymała zdjęcia.

Oczywiście zakończenie nie obyło się bez przygód, już prawie musiałyśmy przechodzić przez płot, ale znalazł się właściciel. Później biegłyśmy na autobus, a na dworcu PKP pożegnałyśmy się, by w przyszłości kiedyś spotkać się na wspólnym harcerskim szlaku.

Facebook Comments

Dodaj komentarz


%d bloggers like this: